9.03.2017
Agnes z Rosenstraße

Porządkując stare pliki natrafiłam na wywiad, który miałam kiedyś przyjemność przeprowadzić z rodowitą Wrocławianką. Materiał zmontował mój przyjaciel, Jakub Wilk. Pani pozostanie anonimowa (pod takim warunkiem zgodziła się na wykorzystanie tego materiału), ale na potrzeby narracji nazwijmy ją Agnes ;). Cała moja rozmowa z nią, bogato ilustrowana rodzinnymi zdjęciami, trwała kilka godzin, ale przyznam, że mogłabym jej słuchać znacznie dłużej. 





Check this out on Chirbit
Czytaj dalej
2.03.2017
ul. Ukryta 14

Dzielnica: Śródmieście  
Osiedle: Ołbin
Ulica: Ukryta, dawniej: Fiedlerstrasse

         
ul. Ukryta 14
Ukrytą odwiedziłam wiele miesięcy temu, stąd na zdjęciach jeszcze zieleń w pełni. O ile ogródki frontowe można sfotografować, o tyle panującego tam spokoju - nie sposób. Bardzo nietypowa - jak dla Śródmieścia - atmosfera. Kamieniczki oddzielone od ulicy całkiem szerokim chodnikiem i przysłonięte bujną zielenią to niezbyt częsty widok. 
Szkoda, że historia nie była łaskawsza dla tego miejsca. Ukryta jest Ukrytą ponoć dlatego, że po wojnie gruzowisko od strony ul. Sienkiewicza zasłaniało całą uliczkę. I pomyśleć, że kiedyś takie cuda tam stały...

źródło: Wratislaviae Amici
Kamienica nr 14 okazała się niezwykle ocho- i -achogenna. Zbudowana w 1902 roku, a więc dwa lata po wytyczeniu ulicy, najprawdopodobniej nie przeszła do tej pory żadnych poważniejszych remontów (tak przynajmniej poinformował mnie jeden z napotkanych lokatorów). Jeśli rzeczywiście tak było, to chylę czoła przed wszystkimi dotychczasowymi mieszkańcami. Widać, że te cegły ktoś kochał ;)! Ale po kolei. 

ul. Ukryta 14
Na fasadzie pobrzmiewa secesja. Parter boniowany. Od pierwszego do trzeciego piętra na obu krańcach budynku są piony balkonów. Część środkową zaznacza wykusz, również kończący się balkonem na wysokości trzeciego piętra. Brama wygląda jak z grubej, bawełnianej koronki - dopiero gdy podejdzie się bliżej, można docenić detale. Po prostu piękna! Domofon i "monitoring sąsiedzki" ;) działają bez zarzutu, dzięki czemu w środku zachowało się wiele oryginalnych elementów. Począwszy od posadzki o niezwykle żywych i wyrazistych kolorach (kto by powiedział, że ma ponad sto lat?!), przez majestatyczne drewniane schody, a na secesyjnych sztukateriach skończywszy. 

ul. Ukryta 14
I wiecie, co jeszcze tam jest? 
...
Witraż! Fragment się w drzwiach zachował. Niesamowite. Na etapie tego odkrycia byłam już gotowa zasiedlać hol. W sumie, jest tak duży, że niejeden developer by go nazwał "apartamentem". ;)  Klatka schodowa z duszą, pięknie doświetlona, przestrzenna, czysta. Gdzieniegdzie oryginalna stolarka drzwiowa. 

ul. Ukryta 14
Kamienicę nr 14 miałam przyjemność zwiedzić dzięki uprzejmości pana Rafała, którego rodzina zamieszkuje w tym pięknym miejscu. Dziękuję :)

Czytaj dalej
23.02.2017
ul. Jagiellończyka 11

Dzielnica: Śródmieście
Osiedle: Nadodrze
Ulica: Kazimierza Jagiellończyka, dawniej: Ottostrasse

 
Jagiellończyka 11



Nie rzuca się w oczy jako pierwsza z całej pierzei, ale kiedy przyjrzałam się jej zdobieniom - po prostu musiałam ją obfotografować :).

ul. Jagiellończyka 11
Na każdym piętrze coś się dzieje: okien z parteru pilnują lwy, na pierwszym piętrze pysznią się wspaniałe maski kobiece, a w każdym z dorodnych naczółków na drugim piętrze siedzi równie dorodny putto (no, dobrze, nie w każdym, z jednego najwyraźniej wyleciał...). Prawdopodobnie przez bliskie sąsiedztwo wspomnianych naczółków, na trzecim piętrze dzieje się mniej. Ale to tylko chwilowe ;). Na czwartym piętrze, nad każdym z ujętych pilastrami okien znów putto i znów zdobienia. Pomiędzy nimi, w - najprawdopodobniej dębowych - liściach widać piękne kartusze. 

ul. Jagiellończyka
Wyżej straszą cegły, ale poza tym fragmentem cała fasada wygląda naprawdę nieźle (najpewniej była odświeżana). Ubytki w zdobieniach są raczej niewielkie. Również wandale jakoś przeoczyli tę kamienicę. Co się kryje pod tynkiem? W jakim stanie jest budynek? Niestety, nie spotkałam żadnego z mieszkańców, by podpytać jak się tam mieszka. 

Miałam jednak szczęście - solidne, drewniane drzwi okazały się otwarte, więc miałam okazję obejrzeć wnętrze. Pierwsze rozczarowanie: płytki zniknęły. Można sobie tylko wyobrażać, jak wyglądała niegdyś posadzka. Szkoda, bo przy tak uroczej fasadzie, pewnie i kafle były frymuśne ;). Hol kończy się puszką - a właściwie blaszanymi drzwiami na podwórze. Piękne nie są, ale z pewnością zamknięte. Pewnie dzięki temu ściany nie są pokryte bazgrołami. Ocalałe zdobienia są zamalowane grubą warstwą farby. A żeby nie było smutno, to detale świecą seledynową olejną ;). Ten sam odcień miałam na klatce schodowej bloku, w którym się wychowałam. Straszył mnie jeszcze w czasach wczesnej podstawówki. Raz zapomniałam kluczy do domu. Kilka godzin siedzenia  na klatce schodowej jak we wnętrzu psychodelicznego groszku. Brrr. Nigdy już nie byłam tym samym człowiekiem. No, ale wracając do tematu - seledynowe detale zdają się mieć dobrze, mimo kontrowersyjnego koloru. 

ul. Jagiellończyka 11
Lubię takie kamienice. Widać, że jest czysto i że mieszkańcy o to dbają. To po prostu cieszy. Aż miałam wyrzuty sumienia, że udało mi się wejść - wszak mogłam być artystycznie niewyżytą jednostką uzbrojoną w marker... Wychodząc, zamknęłam starannie drzwi. 

Więcej zdjęć: [klik]

Czytaj dalej
14.12.2016
Mieszkanie Grzegorza już po remoncie!

Pytacie mnie o losy mieszkania, które zakupił Grzesiek, bohater notki z ubiegłego roku [klik!]. Zatem, moi drodzy, dziś długo wyczekiwany update. 

Grzegorz i jego mieszkanie mają się doskonale. Wiem, bo sama widziałam. Początkowo skomplikowany związek ;) ewoluował do cudnej symbiozy. Mieszkanie przeszło niesamowitą metamorfozę, fotografowanie go było dla mnie ogromną radochą. Zapraszam na zdjęcia - ku pokrzepieniu serc tych, którzy tkwią we własnych remontach.
P r z e d  i  p o
Żeby było po kolei, warto zacząć od planu (dziękuję za udostępnienie :)). Grzegorz wspomniał mi kiedyś, że dla niego mieszkanie zaczyna się od bodajże 100 m kw. I nawet według tej klasyfikacji jego lokum spokojnie można nazwać mieszkaniem.

Jest salon, jest sypialnia, ogromny przedpokój z garderobą, kuchnia, jadalnia z balkonem, łazienka. (A jak już o łazience... To chyba moje ulubione zestawienie. Łazienka w stylu postapo i łazienka obecnie...)

Po lewej - łazienka po Wielkim Wybuchu ;), po prawej - stan obecny
To, co rzuca się w oczy zaraz po wejściu, to niesamowita przestrzeń. Mieszkanie jest rozkładowe, ma piękne, duże okna, a dzięki starannemu doborowi mebli - jest po prostu "lekkie". Oczywiście, mając do dyspozycji taki metraż, trzeba się postarać, by go szczelnie wypełnić (czytaj: zagracić), ale wielu się udaje ;). Łatwo też popaść w bezkresne uwielbienie dla czarujących staroci i zrobić sobie w domu małe muzeum. Ale to nie tutaj. To mieszkanie miało szczęście.

Jadalnia z uroczą galerią widoków z miasta
Oryginalna w większości lokum podłoga, odsłonięte gdzieniegdzie cegły i piękne drewniane  drzwi nie pozwalają jednak zapomnieć, że to miejsce z historią. Grzesiek jest pasjonatem Wrocławia i jego przeszłości, co doskonale podkreślają zdjęcia i plany Breslau na ścianach. Ba, nawet mata pod krzesło jest tematyczna!

Analiza mapy pod kątem linii tramwajowych w Breslau ;)
Z takiego wnętrza nie chce się wychodzić. Ale niebawem będzie po co ;). Tamtejsza wspólnota bierze kredyt na remont kamienicy :)! Niesamowicie pozytywna wiadomość.

Żeby nie było jak w filmie familijnym, to warto wspomnieć o terenie za kamienicą. Terenie, który wygląda jak po Pomniejszym Wybuchu (czyli i tak lepiej niż łazienka podczas remontu ;)). Grzesiek opowiedział mi o tym, że jeśli jego wspólnota chciałaby nieco uporządkować to miejsce, cytuję:

"Teren bezpośrednio za kamienicą (w obniżeniu) chcielibyśmy wyrównać, utwardzić i wymienić płot i furtkę prowadzącą do wejścia. Sąsiedzi z nr 13 mają podobnie zrobione. Jeśli chodzi o zieleń/podwyższenie, to obecnie nasi mieszkańcy się nim zajmują i dbają o zieleń. Chcielibyśmy ogrodzić go żywopłotem oraz wyrównać teren i nasadzić więcej zieleni".
... to musi ten teren od miasta wydzierżawić. Przepisy to zaskakująca sprawa.
Szczęśliwie koszt dzierżawy nie zrujnuje niczyjej kieszeni, więc, jak to ujął Grzesiek "chyba się szarpną" ;))).


Dopisek:
Grzesiek twierdzi, że teren za budynkiem wcale nie jest taki zły, bo całkiem zielono tam i w ogóle w porównaniu z innymi podwórkami to... blablabla. Ja jednak wiem swoje, widziałam zdjęcia podwórza po deszczu. Błotne SPA. 

Sufit w sypialni

Gratulacje i ogromne podziękowania dla Grzesia :).

Więcej zdjęć? [klik!]




Czytaj dalej
1.10.2016
Blog Forum Gdańsk 2016

Jadąc tam czułam się jak romansująca mężatka. Bo przecież Wrocław taki mój, od zawsze, na zawsze. A jednak często wracam myślami do Trójmiasta! Sopot to cudowne wille i molo, Gdynia - plaża w Orłowie i wspomnienia z dzieciństwa. A Gdańsk? Gdańsk jest po prostu magiczny. I mówię to ja, Wrocofilka.  
W o k ó ł  t e m a t u
W tym roku motywem przewodnim konferencji było pytanie „Czy blogerzy zmieniają świat na lepsze?”. W prelekcjach i panelach przewijało się raczej nieśmiało, choć każda z występujących osób miała "potencjał", by do tematu nawiązać odważniej... Ba, pewnie była niejedna okazja, by publiczność - a więc również i ja - pobawiła się w moderatora. Jednak z prelegentami pokroju Mariusza Szczygła jest taki "problem", że mogłabym słuchać godzinami. Na każdy temat, nomen omen. 

Oprócz postaci pokroju wspomnianego mistrza, miałam okazję podziwiać stosunkowo młode stażem gwiazdy internetów. Niecierpliwie czekałam na panel z udziałem Uli Łupińskiej, czyli Pani Korektor. Nie rozczarowałam się. Moja ulubiona orędowniczka poprawności językowej, zadeklarowana kociara, a do tego drobny złośliwiec ;) - na żywo wypada jeszcze sympatyczniej niż w wersji blogowej. 
S r e b r n e  l i s y  b l o g o s f e r y
Spodobał mi się również pomysł zaproszenia blogerów-seniorów. Rekacje publiczności - pozytywne, ale jednak duże zaskoczenie - utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeszcze sporo pracy i czasu przed nami, by stwierdzenia pokroju "moja babcia lubi gry komputerowe", "mój dziadek jest blogerem" przestały brzmieć tak orientalnie, jak jest jeszcze w tej chwili. Dzięki temu, że miałam kiedyś przyjemność współtworzyć pismo dla osób 65+, zdążyłam się z tematem oswoić na tyle, by nie reagować nerwowymi heheszkami. Nasze społeczeństwo się starzeje, chyba pora wziąć na klatę to, że emerytura może być doskonałym czasem na próbowanie nowości, na rozwój, na szukanie nowych pasji. Innymi słowy: nie zakładajmy dziadkom beretów. 

Na pierwsze moje BFG przyjechałam w dniu konferencji. Na kolejnym, ubiegłorocznym, byłam już dwa dni wcześniej. W tym roku dałam sobie tydzień na zachwycanie się miastem. Jeśli dostanę zaproszenie na kolejną edycję, pojadę dwa tygodnie wcześniej. Uroczyście przysięgam!

Materiały z konferencji można obejrzeć [tutaj]. 


Czytaj dalej
5.09.2016
Kamienice na papierze

Aparaty cyfrowe odebrały trochę magii fotografowaniu. Pamiętam emocje związane z oddawaniem kliszy do wywołania, wyczekiwanie na odbitki i najważniejsze pytanie „jak wyszły”. Teraz każde zdjęcie mogę przed wywołaniem dokładnie obejrzeć, przeprowadzić selekcję i wybrać te, które chcę mieć na papierze, a które po prostu skasuję. Niestety, ten tryb pracy niepostrzeżenie doprowadził do tego, że zdjęcia – zamiast w albumach, pod ręką – siedzą na dysku i… chyba trochę rzadziej je przeglądam. 

Z a w o  d n a  e l e k t r o n i k a
Czasami dostaję od Was maile z pytaniem, czy moje zdjęcia są dostępne w formie odbitek czy plakatów, albo czy mogę udostępnić Wam pliki w wyższej rozdzielczości. Znaczna część kadrów z „początków kamienicowania” niestety przepadła, razem z dyskiem, na którym je gromadziłam. Od czasów tej pamiętnej katastrofy zaczęłam robić dodatkowe kopie, ale… kto mi zagwarantuje, że dysk zewnętrzny też pewnego dnia nie ulegnie awarii?

Zatem – powrót do przeszłości, ale w odświeżonej wersji: zamiast tradycyjnego albumu – fotoksiążka.

Ł a t w e  p r o j e k t o w a n i e
Firma, która wykonała moją fotoksiążkę, udostępnia do pobrania specjalną aplikację, dzięki której sami możemy zaprojektować nasze „wydawnictwo”. Korzystałam z wersji Saal Design 4.0. Nie wiem, czy tak samo wygląda to w przypadku innych firm, ale aplikacja jest niezwykle intuicyjna. Możemy wybierać z gotowych szablonów, możemy je modyfikować, możemy też stworzyć coś całkowicie autorskiego. 
Aplikacja będzie nas cały czas pilnować – informować o jakości wstawianego zdjęcia, a także wyświetlać linie, dzięki którym możemy umieszczać fotografie na konkretnej wysokości. Projekt w każdej chwili można zapisać, by wrócić do niego za jakiś czas. Oprócz wskazówek technicznych przy projektowaniu układu, fajną funkcją aplikacji jest to, że automatycznie podlicza nam koszt naszego projektu – a ten zmienia się w zależności od np. wybranego papieru czy okładki. Miłym dodatkiem jest też opcja czat-pomocy. Nie musiałam z niej wprawdzie korzystać – jak wspominałam, aplikacja praktycznie prowadzi nas za rękę – ale może komuś się przyda.
N a  w y c i ą g n i ę c i e  r ę k i
Fotoksiążka dotarła do mnie opakowana w folię bąbelkową i w sztywną, kartonową kopertę. Okładka w żaden sposób nie ucierpiała w transporcie (a z racji, że wybrałam wersję błyszczącą, trochę obawiałam się zarysowań na powierzchni). 
Przyznam, że zobaczenie swoich zdjęć wydrukowanych na dobrej jakości papierze, w pięknych, nasyconych kolorach i w ustalonym przez siebie układzie sprawia przyjemność :). Jest ten efekt "odświętnego wow". Fotoksiążka przyciąga uwagę osób, które mnie odwiedzają -jest namiętnie kartkowana praktycznie każdego dnia. Ba, sama również po nią sięgam z przyjemnością. Myślę, że zdecyduję się na uwiecznianie moich ulubionych fotografii w tej właśnie formie. Elektronika elektroniką, ale... Czuję się dziwnie spokojniej, kiedy mam coś na papierze ;). 

Projektujecie swoje fotoksiążki? Jeśli tak, to czy drukujecie je dla siebie, a może wręczacie komuś w prezencie? 


Czytaj dalej
28.07.2016
BFG 2016 - Gdańsku, nadchodzę!


S ą  w y n i k i, b ę d z i e  G d a ń s k
Przyznam, że tak nastawiałam się na ponowne odwiedziny w tym mieście i uczestnictwo w konferencji, że właściwie prawie zapomniałam o tym "drobiazgu", jakim jest rejestracja... 

Teraz niecierpliwie czekam na program. Szkoda że nie jest on znany wcześniej (teoretycznie chyba tak powinno być - chcę jechać na konferencję, bo interesują mnie prelekcje), ale wierzę, że i tym razem organizatorzy staną na wysokości zadania. W ubiegłym roku się nie rozczarowałam. A prelekcję prof. Bralczyka oglądałam później jeszcze kilkakrotnie na YT ;)). 

G d z i e   n o c o w a ć   w   G d a ń s k u  
Zaczynam wielkie poszukiwania noclegu. Chciałabym pobyć w Gdańsku dłużej, nacieszyć się tym miastem. A bez przyzwoitej "bazy wypadowej" - będzie trudno. Będę wdzięczna za wszelkie wskazówki. Może znacie jakieś fajne miejsce z klimatem? Może nawet w kamienicy ;)? Chętnie przetestuję. 


Czytaj dalej
13.07.2016
Stylowe grzanie


Jako że formalnie mamy już lato, to dzisiejsza galeria również będzie w gorących klimatach. A właściwie - będzie o ogrzewaniu.


P o l s k i e   C a r c a s o n n e
W ubiegłym roku odwiedziłam ze znajomymi Paczków. "Polskie Carcasonne" zainteresowało mnie bardziej niż się tego spodziewałam i to nie tylko ze względu na zaglądające do okien zabytkowe baszty. W Paczkowie jest kawałek Breslau! I to dosłownie. Miejscowe Muzeum Gazownictwa ma w swoich zbiorach liczne eksponaty przywiezione z powojennego Wrocławia. Klimat jest niesamowity.  
Oprócz samych gazomierzy (których jest w muzeum około 600) znajduje się tu także kolekcja lamp i kinkietów, urządzeń przemysłowych i sprzętów domowych. Można tu również podziwiać całe aranżacje, np. kuchnię czy łazienkę. Na ścianach wiszą dokumenty - plany gazowni, rysunki pieców. Są też stare reklamy zachęcające do użytkowania urządzeń gazowych i gazu w ogóle (pamiętajcie, "Gaz - to jedyne kulturalne paliwo" ;)).

                                                               P r a w i e   j a k   B i g   B r o t  h e r
Ekspozycja zajmuje kilka budynków, jest dużo do oglądania. To niesamowite, a jednocześnie trochę straszne - układanka przedmiotów, które kiedyś stanowiły część różnych domostw, a teraz są wystawione na widok publiczny, ułożone w scenkę rodzajową ku uciesze gawiedzi. I - jako owa gawiedź - przyznaję: ucieszona byłam, oj byłam. Choć po powrocie do domu widok mojego "pospolitego" kaloryfera zabolał jak nigdy... 


Na stronie internetowej Muzeum Gazownictwa w Paczkowie znajdziecie więcej informacji na temat ekspozycji, możecie też wybrać się na wirtualne zwiedzanie (polecam budynek przypiecowni :)).





Czytaj dalej